MIEJSCA i HISTORIE

Wspomnienia z czasów Covidu w Victoria Falls

Wstęp

Wyjazd z Kasane do Victoria Falls to jest coś co jest powiązane z pobytem w Botswanie więc na portalu będą też wpisy o tym miejscu. Zaczniemy od pełnego emocji wpisu Aleksandry Rasz, która trafiła tam w erze covidu… To bardzo zły czas dla mieszkających tam i utrzymujących się z turystów ale to też dobry czas na głębsze obserwacje. Zapraszam do lektury: Wspomnienia z czasów Covidu w Victoria Falls

David Livingstone patrzy z pomnika na wodospady Wiktorii które odkrył w 1855 roku
Intro

Po tygodniowym pobycie w rezerwacie Imire koło Harare, gdzie miałam okazję widzieć wszystkie ikoniczne – stereotypowe obrazki afrykańskie, na weekend zaplanowałam wypad nad Wodospady Wiktorii.

Znalazłam się w typowym miasteczku turystycznym, jakże innym niż okolice Imire. Bieda była zgrabnie poukrywana, drogi asfaltowe bez dziur, normalne sklepy zaopatrzone bez zarzutu, choć z cenami jak z kosmosu.

Taksówką dotarłam do swojego hostelu Shoestrings Backpackers Lodge , bo na hotele w tej okolicy nie było mnie stać, i nie żałowałam, bo za przyzwoitą cenę dostałam namiot z łóżkiem oraz z darmowym (!) Wi-Fi. Czego chcieć więcej?

Pierwsze obserwacje i spotkania

Z ogromnym bananem na twarzy na myśl o wszystkich czekających mnie atrakcjach, wyszłam na ulicę i od razu dałam się oskubać zaganiaczowi z ulicy, choć uznaję, że zrobiłam to w pełni świadomie.

– Hello my darling. What so! so! so! beautiful lady is doing here? Can I help you with anything? – szarmanckość level master, uśmiech jakby rozmawiał z najpiękniejszą kobietą świata, no i jak miałam się oprzeć?

Jak tylko dowiedział się, czego szukam, zabrał mnie do biura wujka, który sprzedał mi na następny dzień rejs po rzece. To była długa rozmowa, bo najpierw próbował wepchnąć mi w cenie rejsu – hahaha – dwudaniowy obiad, szampana, przekąski i inne luksusowe dodatki. Ja twardo obstawiałam, że nie jestem Amerykanką ani Japonką, i że helikopterem nad wodospadem też latać nie zamierzam.  Pogadaliśmy więc sobie o bogatych białych i prawdziwych turystach (to oczywiście ja, jak zaznaczył :d), i potem już było konkretniej.

Z ceny 250 USD za luxury sunset cruise zeszliśmy na 40 USD, gdzie zaoferowano mi małą, zupełnie nie luksusową łódź, na której nie ma nawet zimnych napoi. Za to łódź z racji rozmiarów wpływa pomiędzy wysepki, więc jest szansa na zobaczenie większej liczby zwierząt. Nie musiał mi mówić więcej, bo po to tu przyjechałam – moje serce wyrywa się do hipopotamów. To moje totemiczne zwierzę. Całe życie na roślinnej diecie, a i tak BMI w górnej granicy. Spokojne, dopóki ktoś go nie zirytuje. Gruba skóra chroni delikatne wnętrze. A jeśli cokolwiek zagrozi małemu hipopotamowi, to od początku wiadomo, że wyrok śmierci został już wydany. Wypisz wymaluj – cała ja.

Potem mój nowy, przystojny znajomy zabrał mnie do sklepu mamy i siostry.  Przepiękne figurki z drewna, metalu, koralików, bransoletki, kolczyki, obrazy, ceramika, i tysiąc innych rzecz – każda kusząca. Będę szczera, zupełnie nie musieli mnie namawiać na zakupy, bo rzeczy są piękne, a ja potrzebowałam pamiątek dla mnóstwa osób, które umożliwiły mi tą podróż. Poza tym to było pierwsze miejsce, gdzie można było płacić kartą, więc szalej dusza, piekła nie ma. Pin wpisywałam nie patrząc na końcową kwotę, bo po co miałam się stresować na wakacjach? No i na koniec złamałam się i kupiłam dla siebie piękną spódnicę z takiego afrykańskiego woskowanego materiału z ręcznie namalowanymi słoniami. Trudno, pierwszy raz w życiu będę coś prać ręcznie.

Sklep z pamiątkami

Wychodząc pytam o Ubera czy jakieś miejscowe taksówki, ale okazało się, że nic takiego tu nie ma. A ponieważ jest końcówka pandemii, więc wszelkie usługi działają na pół gwizdka. Z drugiej strony tu jest Afryka, nie ma rzeczy niemożliwych, wszystko jest możliwe. Znajomy z ulicy nie ma auta, ale zaraz zadzwoni po swojego kuzyna, który auto chyba ma (chyba, bo znajomy z mamą i siostrą chwilę dyskutują czy auto już jest naprawione, czy dopiero będzie, no i czy zatankowane), dzwoni, i za 5 minut mam prywatnego kierowcę. Ustalamy cenę za kursy na resztę dnia, ktoś przywozi kanister z benzyną, tankujemy i ruszamy.

Jedna z wiosek wokół Victoria Falls

Po drodze rozmawiamy. Victoria Falls to typowe miasteczko turystyczne. Nie ma tu innego zajęcia dla miejscowych. Ponieważ jest to turystyczne miejsce, covid był jak tsunami. Kierowca mówi, że dużo osób po stracie pracy zachorowało i zmarło. Zachorowało na covid? – dopytuję. Milczy. Potem próbuje doprecyzować: Zachorowało na smutek i zmarło. Dużo osób. Domyślam się, że chodzi o samobójstwa. Potwierdza. Mężczyzna ma utrzymać rodzinę. Jeśli nie może, nie ma sensu życia. Nie zajmuje się głodnymi dziećmi, domem, zwierzętami, jest zbędny. Tak to działa. Milczę.

Sklepy z pamiątkami
Sępy

Dojeżdżam do wypasionego hotelu Victoria Falls Safari Lodge, w którym jednocześnie jest punkt wspierający odbudowę populacji sępów Vulture Culture Experience. To jest mój pierwszy punkt wyprawy.

W mocno nieodpowiednim ubraniu przechodzę przez elegancki hol, salę restauracyjną, gdzie przy białych obrusach siedzą elegancko ubrane pary, i udając pewność siebie w końcu trafiam na zewnętrzny taras na zboczu góry. Tam spotykam Davy’a, który równo o 13stej zaczyna opowiadać o tych niedocenianych ptakach. Jak zwykle sprawdza się przysłowie – nie oceniaj książki po okładce. Sępy nie są piękne, prędzej pasowałoby określenie – masakrycznie brzydkie, jedzą w obrzydliwy sposób, a na dodatek najchętniej jedzą śmierdzącą padlinę. Więc nie cieszą się sympatią ludzi, a w kreskówkach zawsze grają złe charaktery.

Jednak sępy pełnią rolę „naturalnej służby sanitarnej”, a ich brak prowadzi do katastrof ekologicznych i zdrowotnych. Ich żołądki mają ekstremalnie niskie pH (zbliżone do kwasu akumulatorowego), co pozwala im bez szkody trawić bakterie wąglika, cholery czy jadu kiełbasianego, które dla innych zwierząt (i ludzi) są zabójcze. W ten sposób eliminują groźne patogeny.

Sępy

Gdy populacja sępów spada, ich miejsce zajmują dzikie psy i szczury, a to prowadzi to do wzrostu zachorowań na wściekliznę (co miało miejsce w Indiach po niemal całkowitym wyginięciu sępów).

No i sępy potrafią w kilkanaście minut „oczyścić” szkielet dużego ssaka, co radykalnie przyspiesza obieg materii w przyrodzie. Nic nie gnije, nie śmierdzi, nie rozsiewa zarazków. Sępom niech będą dzięki.

Niestety wiele gatunków sępów jest zagrożonych wyginięciem, oczywiście przez człowieka.

Kłusownicy nie lubią ich, bo krążące nad padliną sępy powiadamiają ochronę parku o miejscu do sprawdzenia. Więc zatruwają zastrzelone zwierzę (no bo mięsa nie potrzebują), najczęściej tanimi, ogólnodostępnymi pestycydami z grupy karbaminianów. Trucizna ta działa błyskawicznie – sępy, które przylecą na posiłek, często padają martwe dosłownie kilka metrów od truchła, z kawałkiem mięsa jeszcze w dziobie. W 2019 roku w Botswanie (Park Narodowy Chobe) jedno zatrute truchło słonia zabiło 537 sępów z pięciu różnych gatunków.

Sępy giną też jako „przypadkowe ofiary” konfliktów na linii człowiek-przyroda. Rolnicy często zatruwają padlinę (bydło, kozy), aby zabić lwy, hieny lub szakale atakujące inwentarz. Ale właśnie nieszkodliwe sępy, jako pierwsi goście przy padlinie, giną przez to masowo.

Dodatkowo sępy zjadając resztki zwierząt postrzelonych przez myśliwych, zjadają też amunicję ołowianą, na którą nawet ich żołądek nie jest przygotowany. A nawet niewielka ilość ołowiu upośledza ich układ nerwowy i rozrodczy.

Sępy

No a zjadanie padliny zwierząt hodowlanych jest śmiertelne z innego powodu – podawane zwierzętom hodowlanym leki przeciwzapalne (jak diklofenak), które pozostają w mięśniach, są dla sępów zabójcze – powodują u nich niewydolność nerek.

Jakby tego było mało, to na dokładkę mamy wierzenia magiczne. Ptaki są zabijane, aby pozyskać ich części ciała (mózgi, oczy) na targi tradycyjnej medycyny. Wierzy się, że spożycie mózgu sępa daje dar jasnowidzenia (np. pomoc w przewidywaniu wyników loterii lub meczów). Ja nie wiem, czy gdzieś jest granica głupoty ludzkiej, ale skłaniam się ku poglądowi, że jest bardziej nieskończona niż Wszechświat.

W efekcie sępy znikają z afrykańskiego krajobrazu, w tym najliczniej przylatujący do Victoria Falls sęp afrykański, który jest krytycznie zagrożony wyginięciem.

Dlatego głównym celem projektu jest zapewnienie bezpiecznego źródła pożywienia dla lokalnych populacji sępów. Codziennie o godzinie 13:00 pracownicy restauracji wykładają resztki mięsa i kości z hotelowej kuchni, a nienormalni turyści jak ja, mogą za darmo obserwować to przedziwne widowisko. Obiad został podany, ptaki zaczęły ucztę, ja robiłam zdjęcia powoli dostrzegając coś więcej niż rzucającą się na pierwszym planie brzydotę. W każdym obrazie zawsze jest coś więcej.

Prócz sępów afrykańskich przyleciały też sępy uszate, prawdziwie przerażające.  Są potężniejsze, mają różową głowę i jako jedyni potrafią swoim masywnym dziobem rozerwać grubą skórę i ścięgna, których mniejsze sępy nie dają rady naruszyć.

Sępy

Davy widząc, że w końcu ktoś go słucha, zaczął opowiadać dalej, chcąc wzbudzić we mnie więcej sympatii do jego ulubieńców. Nie odniósłby sukcesu na Tinderze taką gadką, ale tu była na miejscu. Opowiedział na przykład o urohydrozie, czyli higienie przez mocz. Tak, sępy sikają sobie na nogi, bo zawarty w moczu kwas zabija bakterie, które znajdują się na ich kończynach po staniu podczas posiłku po kostki w padlinie. A skoro o higienie mowa, to warto wiedzieć – powiedział Davy – że ich łysa głowa nie jest kwestią estetyki (no chyba!), ale ewolucyjnego przystosowania. Pióra na głowie po posiłku wewnątrz zwłok byłyby siedliskiem bakterii i krwi, których ptak nie mógłby sam wyczyścić. Goła skóra szybciej wysycha na słońcu, co zabija mikroby.

Moje oczy były już tak szeroko otwarte, że Davy uznał, iż zasługuję na ostatnią ciekawostkę – sępy w sytuacji zagrożenia potrafią gwałtownie zwymiotować na przeciwnika, a smród i toksyczność częściowo przetrawionego mięsa skutecznie odstrasza intruza.

Nie ma co kryć, pokochałam za to sępy. Szkoda, że sama tak nie zrobiłam na rozprawie rozwodowej.

Sępy

Po skończonym pokazie zrobiłam się głodna. Ja wiem, sępy, padlina, rozrywane mięso… Ale jak dawno temu na studiach brałam udział w sekcji zwłok, to potem z kolegą potajemnie wyrwaliśmy się na kebaba, bo tylko nasze żołądki na zapach w prosektorium zareagowały burczeniem. Nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna.

Zamówiłam więc krwistego steka oraz miejscowe piwo. Zimne Zambezi Beer z widokiem na busz to coś, co czasem warto zrobić. Nawet gdy jest się backpackerem i śpi się w najtańszej kwaterze w mieście.

La dolce vita, czy raczej Hakuna Matata.

Baobab i sprzedawcy pamiątek

Po południu w hotelu zjawił się mój prywatny Uber i tym razem zabrał mnie do baobabu. Jedyny w okolicy, ikonicznie butelkowaty. Mówi się, że to drzewa posadzone korzeniami do góry i coś w tym jest. Obeszłam go dwa razy, a wracając do czekającego auta minęłam lokalnych sprzedawców pamiątek. Było ich z dziesięciu, każdy na kocu miał wystawiony podobny towar.

Problem w tym, że byłam dziś tu jedyną turystką, bo autokary z bogatymi Niemcami jeżdżą tylko do wodospadów. Więc jak mam wybrać do którego podejść i coś wybrać? Niby błahostka, ale to zawsze stresuje mnie najbardziej – jak moje decyzje wpłyną na czyjś dzień, życie, emocje. Ech,  jestem niedoświadczoną turystką z miękkim sercem i bez twardej d…

Więc jestem jedyna i jako jedyna muszę zrozumieć, że dla tych ludzi jestem szansą na zarobek. Jedyną szansą. Niech to szlag jasny trafi, takie wyróżnienia bycia jedną jest bardzo obciążające, szczególnie jak się ma to serce, a d… szeroką zamiast twardej.

Wiem, że tak to działa – ja zarabiam w bogatej Europie, przyjeżdżam tutaj i wydaję swoje pieniądze, żeby oni mogli zarobić. Akceptuję takie ustawienie świata, nawet jeśli jest schematem. Ale miałam dylemat. Z jednej strony chciałam kupić pamiątki i prezenty, ale z drugiej nie potrafiłam kupować w taki sposób: no bo od którego z nich kupić? Od każdego po jednym? Setki rzeźb nosorożca nie potrzebuję.

W końcu jak idiotka od każdego kupiłam po jednej figurce. Na koniec okazało się, że ostatni sprzedawca nie miał jak wydać, więc zachęcał, żebym sobie jeszcze coś dobrała. Uznałam, że próbuje mnie jednak naciągnąć targując się, więc powiedziałam, że nic więcej nie wezmę, ale na resztę z banknotu machnęłam ręką, życzyłam dobrego popołudnia i zaczęłam iść do auta. Tuż zanim zamknęłam drzwi, sprzedawca mnie dogonił, bo rozmienił pieniądze u kolegi i chciał oddać należną mi kwotę. To tyle ze stereotypów naciągaczy w Afryce.

Ostatni punkt tego dnia – kolacja w Lookout Cafe. Tam poszłam już na piechotę, a potem w ciepłym, łagodnie schodzącym z nieba słońcu oglądałam łuk rzeki Zambezi. Znów elegancka restauracja, uprzejmi kelnerzy, płatność kartą, ułuda luksusu dająca spokój poczucia bezpieczeństwa.

Gdy zapłaciłam rachunek, chciałam wrócić również piechotą, ale stanowczo mi odradzono, bo po zmroku całkiem możliwe było trafienie na idącego do spanka hipopotama. Więc znów zadzwoniono po kolejnego kuzyna znajomego, który przyjechał podwieźć mnie pod sam hostel. Najwyraźniej znajomymi znajomych ten kraj stoi.

Wodospady i zakupy z chłopcami

Następnego dnia powędrowałam do najważniejszego punktu tego miejsca – Wodospadów Wiktorii. W recepcji upewniłam się najpierw, że o tej porze hipopotamy już są w wodzie, więc żadnego nie spotkam. Ostrzeżono mnie tylko przed pawianami biegającymi po ulicy w gangach, ale nie odradzono spaceru, więc ruszyłam.

Tuż za bramą zaczepiają mnie uliczni sprzedawcy. Znów jestem jedyną białą na ulicy, w dodatku z niebieskimi włosami, więc łatwo mnie rozpoznać i zapamiętać. Reszta to bogaci Amerykanie lub Niemcy, oni nie chodzą po ulicy, tylko jeżdżą zorganizowanymi busami. Na odcinku półtora kilometra przedstawiło mi się z 30 osób. Każdej z nich ja się przedstawiłam w rewanżu, więc przez resztę pobytu, gdziekolwiek bym nie poszła witało mnie z każdej strony: Hello Aleksanda, how are you? Zupełnie obce osoby pozdrawiały mnie z drugiej strony ulicy. Moje imię dotarło nawet tam, gdzie ja jeszcze nie byłam, bo gdy przysiadłam gdzieś na piwo, to kelner od razu pozdrowił mnie właściwym zwrotem.

Wodospady Wiktorii

Jestem introwertyczką. W życiu nie rozmawiałam z tyloma obcymi ludźmi co przez te trzy dni w Afryce. Tu każdy rozmawia z każdym. Oni pewnie nawet niemowę w końcu przekonają do konwersacji. W efekcie mój WhatsApp zapełnił się dziesiątkami kontaktów ludzi, których widziałam prawdopodobnie raz w życiu. Niektórzy do dziś, pięć lat później, potrafią raz na rok napisać: Hi Aleksandra, how are u? Wtedy, po tych trzech dniach nie mogłam się doczekać 24godzinnego lotu powrotnego do kraju, podczas którego nie zamierzałam odezwać się słowem do nikogo. Nawet posiłek na pokładzie będę wybierać palcem.

Wodospady Wiktorii z helikoptera

Tak więc pobyt w Victoria Falls to była wyprawa pod hasłem You will never walk alone – przez trzy dni. Chodzili grupami za mną wszędzie, oczywiście w trakcie marszu próbując mi coś sprzedać.

A ja znów mam dylemat od kogo i co najważniejsze: JAK kupić, jeśli zaczynamy iść w stronę wodospadu i zestaw zwierząt Big Five (słoń, lew, nosorożec, bawół i lampart) kosztuje 25USD, po kilometrze spada do 20 USD, przed bramą do parku mogę kupić za 15 USD, a trzeciego dnia, gdy wyjeżdżałam to my dear friend Joseph sprzedał mi kolejny taki zestaw za 5 USD, bo ja miałam już tylko tyle w portfelu, a on pokazał mi zdjęcia swojej czwórki dzieci i prosił o cokolwiek, żeby móc kupić Mealie Meal.

Nie, to nie batony ani słodkie płatki śniadaniowe. A skąd to wiem? Bo pierwszego dnia pod wieczór, gdy szłam na tą luksusową kolację z widokiem na rzekę zaczepił mnie chłopiec, na oko 9 – 11 lat. Jak mój najstarszy syn. Poprosił o pieniądze na jedzenie. Byłam już zmęczona kupowaniem słoni i hipopotamów, skołowana, przebodźcowana, więc odmówiłam. Wtedy powiedział, że jeśli boję się, że on mnie oszukuje, to żebym nie dawała mu pieniędzy, tylko poszła prosto do sklepu i kupiła mu coś do jedzenia. Iść to ja chciałam już tylko do kawiarni z tarasem. Powrót do sklepu spożywczego oznaczałby niepotrzebne nadrobienie drogi, więc odmówiłam mu ponownie.

Jednak pijąc kolejne zimne piwo, a potem cappuccino z idealnie spienioną pianką,  gdzieś w środku czułam się okropnie. Następnego dnia, idąc do wodospadów, znalazłam go na tej samej ulicy. Zawołałam, przyszedł z młodszym bratem, na oko w wieku mojego drugiego syna. Mam to w d…, nie zamierzam rozważać, czy właśnie mnie naciągają, czy nie. To są dzieci. Jak moje dzieci. Tylko tyle, że te są głodne, co po nich widać. Głodne, w podartych, brudnych t-shirtach, bose. Poszliśmy do sklepu, oni proszą o „Miliimilis”. Moja pierwsza myśl: fajnie, naciągają mnie na batonika. Moja druga myśl: ale jesteś beznadziejna, Aleksandro. Bo chłopcy poszli w kąt sklepu, gdzie leżały takie wielkie 10kg worki przemielonej kukurydzy na sadzę – Mealie Meal. Zapakowali worek do koszyka. Dodałam im jeszcze jajka i Mazoe – paskudny koncentrat soku, o który poprosili, gdy spytałam co chcą do picia. Zbytek?

Każdy czasem potrzebuje jakiejś zbytecznej rzeczy, żeby przez chwilę poczuć się lepiej. Zapłaciłam za to 90 złotych. Jeszcze raz: za 30 jajek, worek zmielonej kukurydzy do przygotowania kukurydzianej paćki i koncentrat soku. Dziewięćdziesiąt złotych. Średni zarobek dorosłego tutaj to 900 zł. Jeśli ma pracę. Chłopcy podziękowali, a potem niosąc we dwóch ten worek mączki kukurydzianej, i jajka i koncentrat zniknęli gdzieś na drodze.

Wodospady Wiktorii

Doszłam w końcu na miejsce, zapłaciłam za bilet wstępu kilkakrotność ceny dla Zimbabwejczyków, sprzedawcy zostali za bramą, a ja przez następne dwie godziny chodziłam betonową ścieżką wzdłuż ogromnego kanionu wyżłobionego przez rzekę. Byłam teoretycznie w kiepskim momencie roku – końcówka pory suchej, i wodospady ledwo ciurkały jak to przepraszającym głosem powiedział strażnik na wejściu. A i tak parę razy musiałam przecierać obiektyw od wilgotnej mgły. Ponoć w porze deszczowej czasem w ogóle nie da się zrobić zdjęć, bo chmura rozpryskującej się wody jest za duża, i wszyscy zwiedzający są cali mokrzy.

Warto było tam przyjechać, nawet jeśli nie miałam czasu i funduszy, bo przejść na zambijską stronę i tam przyczepiona linami posiedzieć nad samą krawędzią spadającej z hukiem wody – kolejna atrakcja dla turystów.

Rejs

Późnym popołudniem wracam z wodospadów. Jest w końcu chłodniej, z 38 stopni spadło do jakiś 30. Przy torach mijam kobietę. Na kolanach apatycznie leży małe dziecko, półtora roczku. Drugie dziecko, 2 lub 3 latka (jak moja córka), siedzi w kucki obok i apatycznie grzebie patykiem w piasku. Gdy rano szłam do wodospadów też ich mijałam. Też jedno dziecko apatycznie leżało na kolanach mamy, drugie apatycznie bawiło się patykiem. To było o 7 rano, dziewięć godzin temu. Mijam ich znów szybkim krokiem, bo w marszu znów towarzyszy mi pięciu, jeśli nie więcej, sprzedawców figurek z drewna, a ja chcę jak najszybciej dojść do hostelu, gdzie schronię się przed ich proszącymi głosami i zdjęciami ich dzieci w telefonach. Ale te dzieci na ulicy… Zatrzymuję się, wracam kilkanaście metrów, kucam, zaczynam rozmawiać z kobietą. Zostawiam jej resztę papierowych pieniędzy jaką mam, niedużo, z 15 USD. Kupi za to albo proszek z kukurydzy albo jajka. Nie obie rzeczy na raz.

Chwilę potem pokazuję sprzedawcom  z figurkami pusty portfel. I wtedy mówią, że nie ma sprawy, że dobrze zrobiłam, bo każdy potrzebuje pomocy, a matka z dzieckiem szczególnie. I już bez nagabywania odprowadzają mnie do hostelu, żebym była bezpieczna przed pawianami – tak mówią. Wypytują mnie o Polskę, opowiadają o sobie. Żegnamy się przybijając piątki.

Na szybko zjadam chińską zupkę przywiezioną z kraju, a potem z ledwością zdążam na busa, który zawozi mnie na wyczekiwany rejs po Zambezi.

Łódka faktycznie okazuje się mała, odrapana, i mieści tylko 20 osób. Bajka!

Wypływamy w rejs. Mijamy krokodyle wylegujące się na brzegu, antylopy, które pod wieczór przyszły zaspokoić pragnienie. I w końcu są – hipopotamy. Są dość daleko, ale mi wystarczy, jestem zachwycona. Znów zalewają mnie emocje, więc zapominam o robieniu dobrych zdjęć, tylko się gapię i czuję, że ze szczęścia unoszę się troszkę nad pokładem.

Gdy wracaliśmy do przystani okazało się, że jedna osoba z pasażerów ma urodziny, więc grupa znajomych w języku shona odśpiewała jej sto lat. Potem przyszła pora na angielską wersję, więc mogłam się przyłączyć. I to był błąd.

Spytano mnie, skąd jestem i ktoś poprosił o wersję polską. Jak żyję nie śpiewam nawet pod prysznicem. Publicznie już w ogóle, i nawet po pijaku nie ma szans mnie sprowokować. A tutaj prawie trzeźwa, miałam zaśpiewać solo przy 20 wpatrzonych we mnie osobach. Kurde.

Zaśpiewałam. W tle hipopotamy i zachód słońca. Na pokładzie absolutna cisza. A potem brawa, oklaski i każdy chciał zrobić sobie ze mną zdjęcie. Czułam się trochę jak diwa operowa, ale bądźmy szczerzy – klaskający byli bardzo uprzejmi, bo ja nawet przy wlazł kotek na płotek fałszuję.

Lecz sława uderzyła mi do głowy jak woda sodowa, bo robiłam z nimi te selfie i wymieniałam uprzejmości. Na dodatek każdy kto podchodził do zdjęcia przynosił mi drinka lub dzielił się swoim. Przyrzekam, tyle potencjalnego covida w życiu się nie nałykałam, cała nadzieja w tym, że alkohol dezynfekuje.

Efekt był taki, że jako introwertyczka w ciągu dwóch godzin zdobyłam mnóstwo znajomych i z pokładu zeszłam zataczając się.

W hostelu późną nocą otwieram kolejne zimne piwo i włączam sieć. Mam nadzieję, że scrollowanie wiadomości od znajomych oderwie moje myśli od tego, ilu głodnym dzieciom nie kupiłam dziś proszku kukurydzianego. Ilu ojców dziś nic nie sprzedało. Na stronie z newsami wyskakuje zdjęcie dziewczynki z Afryki, w wieku mojej córeczki. Próbowała z mamą przedostać się do Polski. Od wolontariuszy dostała misia, żeby mieć do czego się przytulić jak będzie umierać w zimnym lesie, gdzie za chwilę urzędnicy z mojego kraju wywiozą ją bez wahania.

Nie umiem już cieszyć się hipopotamami. Chcę przestać czuć.

Chcę być już w domu. Chcę być w naszym powiększonym przez dostawkę łóżku, na którym położę się rozkładając ramiona na boki, a moja trójka dzieci umości się na nich tak, żeby każde czuło się przytulone. Chcę tak pomiędzy nimi zasnąć, poprawiając w nocy kołdrę, żeby nie marzły jak ta dziewczynka w lesie. Gładzić główki, gdy niespokojny sen wywoła ich mamrotanie. Chcę tak spać, mimo że wiem, że rano wstanę obolała, ze zdrętwiałym karkiem. Wstanę 40 minut przed nimi, żeby przygotować im ciepłą owsiankę i urozmaiconą śniadaniówkę do szkoły, zamiast papki z kukurydzy. A potem zawiozę ich autem osiem kilometrów do szkoły, żeby nie musiały iść taki kawał drogi. Chcę wrócić do mojej bańki. Chcę, żeby to dziecko leżące na kolanach mamy przy wodospadach Wiktorii dostało jeść i przestało być takie apatyczne. Chcę, żeby dziewczynka ze zdjęcia nie zamarzła w lesie.

Lwy

Ostatni dzień w Victoria Falls. Bezlitośnie rano przyjeżdża po mnie busik od Lion Encounter. Tak, zamierzam zobaczyć lwy. I tak, jestem w pełni świadoma jakie okrutne praktyki kryją się za wieloma miejscami w Afryce, gdzie można głaskać lwy lub z nimi spacerować. Nigdy bym tam nie pojechała. Ale program, na który się zdecydowałam jest prowadzony przez organizację, która stara się przywrócić lwy wyhodowane w niewoli z powrotem na wolność, a Lion Encounter dla turystów to program dodatkowy, realizowany na bardzo surowych zasadach. To co było dla mnie też istotne, to upewnienie się na tyle, na ile było to możliwe, że lwy stąd nie zostaną potem przeznaczone do tzw. can hunting. Ten termin oznacza umieszczanie tych dzikich zwierząt, gdy są zbyt stare, w wąskim wybiegu upozowanym na sawannę, gdzie każdy, kto zapłaci może je zastrzelić z bliskiej i bezpiecznej odległości – a następnie pozować ze zwłokami do zdjęcia.

Wcześniej zrobiłam małe śledztwo w Polsce, i nie wiem na ile było kompetentne, ale wyszło mi, że są dwa miejsca sensownie opiekujące się tymi drapieżnikami. Jedno w Namibii, a drugie tu. Pozytywne reportaże o nim (stan na 2021 r) były w CNN, BBC, Animal Planet. BBC było tak sceptyczne, że ponoć przez rok badało to miejsce i program, by w końcu nakręcić materiał.  Uznałam więc, że je też mogę im zaufać. Tym bardziej, że główną atrakcją są tu spacery z lwami, ale jak napisałam maila w celu rezerwacji, to usłyszałam, że aktualnie się nie odbywają, bo spaceruje się z lwami tylko do 18 miesiąca. Potem są odizolowane od człowieka, a na końcu przewożone w miejsce, w którym turyści nie mogą ich nawet obserwować, bo mają tam nauczyć się samodzielnego polowania i życia w dzikości. Jeśli im się powiedzie, będą wypuszczone na wolność. I akurat lwy przebywające w ośrodku nie są już w odpowiednim wieku do spacerów i miziania.

Więc zamiast spaceru najpierw odpowiednio zabezpieczonym autem przejechaliśmy po ogromnym wybiegu dla lwów. A potem zeszliśmy do ukrytej obserwatorni, gdzie przez kraty na wysokości ziemi mogliśmy obserwować lwy spożywające śniadanie. Były na wyciągnięcie ręki, i przewodnik oczywiście powtarzał, że pod żadnym pozorem nie wolno nam choćby chwytać za kraty. Hahaha. Oczywiście bardzo pilnowałam swoich palców, ale próbując ustabilizować obiektyw na dużym zoomie, oparłam go o tę nieszczęsną kratę. I nagle w odległości dosłownie długości obiektywu przed moją twarzą przeszła lwica, ocierając się futrem o kratę. Nie zsikałam się tylko dlatego, że w tym upale wcześniej wszystko ze mnie wyparowało.

Gdy przedstawienie się skończyło, spytałam obsługę, czy mają jakiegoś kolejnego znajomego kuzyna z samochodem, który mógłby podrzucić mnie i mój duży plecak do kolejnej atrakcji, bo standardowy busik jechał z złą stronę. No problem, oczywiście za chwilę ktoś podjechał.

Jadąc w stronę Victoria Falls Snake Park rozmawiam z kierowcą i pytam, czy popołudniu nie zawiózłby mnie na lotnisko na samolot. Ustalamy cenę, a on pyta jaki mam plan na resztę dnia. Mówię, że po spotkaniu z wężami chcę wrócić do centrum i pochodzić po sklepikach na targu, zjeść obiad i doczekać do osiemnastej. A on pyta, czy to wszystko z ogromnym plecakiem na plecach w ten upał? Tłumaczę, że nie mam wyjścia, bo jak wyjeżdżałam z hostelu rano, to było tak wcześnie, że na recepcji siedział tylko pawian i nie miałam jak spytać o możliwość zostawienia bagażu. Na to mój nowy znajomy proponuje, że przechowa mi plecak w bagażniku, i odbiorę jak będę jechała na lotnisko.

I wiecie co?

Ja się na to zgodziłam. Nie wiem, czy upał rzucił mi się na głowę, czy serdeczność i absolutne poczucie bezpieczeństwa w tym miejscu uśpiły turystyczną czujność białego człowieka, ale zostawiłam swój plecak podróżny na cały dzień w bagażniku totalnie nieznanego człowieka, który jedynie dał mi swój numer telefonu, żebym zadzwoniła po niego wieczorem. A ja nawet nie sprawdziłam, czy ten numer jest prawdziwy!

Tylko, że o tym pomyślałam kilka godzin później, relaksując się przy kolejnym zimnym piwie.

Węże

Na razie ruszyłam na spotkanie ze swoim największym lękiem – wężami. Dwa z nich można było sobie potrzymać. To sobie potrzymałam, a co, ja nie potrzymam? Jeden z nich polubił mnie tak bardzo, że przez kilka minut nie chciał wypuścić z objęć, mimo starań obsługi, która lekko drżącym głosem mówiła: no worry, no worry, it’s ok, he just likes you…

A potem w ramach rekompensaty za tą chwilę niepewności, jeden z pracowników przez następne pół godziny opowiadał mi ciekawostki, które chyba w jego mniemaniu miały poprawić mi humor i przywrócić uśmiech na bladej twarzy. W ten sposób dowiedziałam się, że wiele osób żyje w błędnym przekonaniu, że to mamba czarna dzierży tytuł najbardziej agresywnego i niebezpiecznego węża Afryki. Ale to zupełna nieprawda – zarzekał się przewodnik, bo mamba nie szuka konfrontacji; jest stworzeniem płochliwym, które w obliczu zagrożenia instynktownie wybiera ucieczkę i kryjówkę zamiast ataku.

Już miałam odetchnąć z ulgą, gdy dodał: ale jak już ukąszą, to ich jad potrafi zabić człowieka w czasie od dwudziestu minut do trzech godzin, zależnie od ogólnego stanu zdrowia ofiary. I tu fachowym okiem zmierzył mnie od stóp do głowy, na koniec dając mi jakieś półtorej godziny życia.

Dowiedziałam się też, że niechlubny tytuł najbardziej niebezpiecznego węża w Afryce należy się kobrze mozambickiej, która stanowi znacznie większe realne zagrożenie ze względu na swoją wyjątkową agresywność i częstotliwość ataków na ludzi. Choć jej toksyny działają wolniej niż u mamby – uspokoił mnie przewodnik, bo prowadzą do śmierci w ciągu sześciu do dwudziestu czterech godzin. Aha.

– Kobra mozambicka atakuje rocznie ponad czterysta osób, co czyni ją odpowiedzialną za rekordową liczbę incydentów w Afryce. – wykładał dalej spokojnym głosem. Incydentów???

Jad kobry ma silne działanie cytotoksyczne – niszczy tkanki miękkie, co w przypadku zbyt późnego dotarcia do szpitala często kończy się amputacją kończyny. Bez interwencji lekarzy szanse na przeżycie są bliskie zeru. – kontynuował.

A ja potem głupia spytałam, czy mogę mieć zdjęcie z takim jednym wężem, który swoim pięknym żółtym kolorem idealnie pasuje do moich niebieskich włosów. Na co przewodnik smutno odpowiedział, że tego nie może mi dać do ręki (you can’t hold my python – dokładnie tak powiedział…), ale specjalnie dla mnie wyjmie go z terrarium, żebym mogła sobie pooglądać z bliska. Tylko musimy to zrobić w środku pawilonu, a nie na zewnątrz, żeby inni turyści nie widzieli, więc nie dam rady zrobić zdjęcia, bo tam jest kiepskie światło. Przystałam na te warunki. Więc zawołał kolegę do pomocy, a potem obaj specjalnymi kijami z rozwidleniem wyjęli gada i unieruchomili na ziemi, żebym mogła go sobie pogłaskać. Więc tak… głaskałam sobie pytona siatkowego, który  jest często opisywany jako bardzo niebezpieczny, szybki i często agresywny. Phi.

Darling

Później wyruszyłam raźnym krokiem, bo bez ciężkiego plecaka, do centrum miasteczka. Tam przez kolejne dwie godziny rozmawiałam z każdym sprzedawcą w każdym sklepiku, kupując kolejne drobiazgi i podziwiając absolutnie cudne rzeźby, na szczęście nie na moją kieszeń.

Z każdym sprzedawcą rozmowa zaczynała się tak samo i płynęła podobnym rytmem, ale jedną zapamiętam do końca życia. Tu szybkie wyjaśnienie – w Zimbabwe dzieci często dostają angielskie imiona, które mają im pomóc w życiu. Ale nie jest to John lub Steve, tylko nazwy, które coś naprawdę znaczą. Więc sporo spotkałam osób o imieniu Love, Happy, Lucky, Rich czy Good.

Wchodzę do kolejnego sklepiku, gdzie sprzedawca już na mnie czeka. Bardzo przystojny sprzedawca, nawet jak na wysokie standardy urody Zimbabwańczyków. I na wejściu podaje mi dłoń mówiąc:

– Hi, I’m Darling, what’s your name?

– Is your real name Darling? – pytam z niedowierzaniem

– Yes, of course.

– And you really want me to call you Darling? – upewniam się

– Yes, yes! And what’s your name?

– In that case my name is Baby – odpowiedziałam.

Do zakupów na pożegnanie Darling dorzucił mi bransoletkę z włosia z ogona słonia (trzy razy upewniałam się w google, że te bransoletki robi się z legalnie pozyskiwanych włosów z ogona, a nie z kłusownictwa) oraz mały wisiorek Nyami Nyami. To potężne bóstwo z mitologii ludu Tonga, zamieszkujące okolice tamy Kariba między Zambią a Zimbabwe. Nosi się go na szczęście, oczywiście.

Zakończenie

Miałam jeszcze czas do wyjazdu, więc poszłam na późny obiad do jednej z nielicznych czynnych restauracji – River Brewing. Kolejne lokalne piwo i naprawdę wybitny posiłek warty polecenia. Tuż przed wyjściem do taksówki, poprosiłam o rachunek, płatność kartą. I nagle awaria – internet nie działa, karta nie przechodzi. Próbujemy kilka razy, kelnerka zmienia terminal, nic z tego. Mija 10 minut, ja już muszę wychodzić, bo spóźnię się na lotnisko. Zaczynam przetrząsać portfel i wszystkie kieszenie, i z drobniaków udało mi się uskładać ledwie połowę kwoty. Pytam, czy w okolicy jest bankomat, a kelnerka mówi, że nie ma takiej potrzeby.

– You can pay next time.

– But I’m leaving in an hour, flying to Harare, and after a week coming back to Poland!

– That’s ok. Maybe next time, maybe somewhere else. Take care and have a safe trip, Aleksandra.

Ona też znała moje imię. Afryka – miejsce jedyne w swoim rodzaju.

Wciąż zdziwiona wydarzeniami poszłam na umówione miejsce i wtedy dotarło w końcu do mnie jaką głupotę zrobiłam odnośnie plecaka! Na parkingu nie było kierowcy, samochodu, nic. Dzwonię, nie odbiera. Ręce zaczynają mi się trząść, próbuję w sekundę oszacować straty – plecak, ciuchy, turystyczne sandały. Przeżyję, bilety mam w telefonie, paszport przy sobie.

Ale pamiątki!!! W plecaku miałam prawie wszystkie pamiątki. Dziesiątki drewnianych figurek, bo przecież przez te trzy dni nakupowałam ich tyle, że spokojnie mogłabym otworzyć sklep w Warszawie. Gdy to sobie uświadomiłam, poczułam łzy. O Bosze…, ale idiotka ze mnie, wybitna podróżniczka jak z koziej d…

 

Art & Craft Market – jeden z wielu sklepów dla turystów

– Aleksandra, here! – woła do mnie mój kierowca po drugiej stronie drogi.

Biegnę do niego, wsiadam do auta, a on daje mi drewnianą figurkę węża, mówiąc, że zadzwonili do niego z Lion Encounter, bo do nich zadzwonili z hostelu, bo do hostelu przyszedł jeden ze sprzedawców, od którego wcześniej nabyłam jednego z pięćdziesięciu zakupionych hipopotamów, ale mówiłam mu, że poszukuję figurki węża dla koleżanki w Polsce, która węże hoduje. Nikt nie miał węża, więc mi go wyrzeźbili i przynieśli do hostelu, ale mnie już tam nie było. No to mnie znaleźli, a raczej mojego kierowcę.

W drodze na lotnisko zahaczyliśmy o bankomat, żebym miała jak zapłacić za węża, a tak naprawdę za coś, czego nigdzie indziej nie spotkałam, tylko tu, w pustym covidowym Victoria Falls.

Jest takie afrykańskie przysłowie:
Najlepszym lekarstwem dla człowieka jest drugi człowiek

Przyjechałam do Zimbabwe szukając ukojenia na dalsze życie po ogromnej tragedii, która mnie spotkała. Nie mogłam wybrać lepiej.

Aleksandra Rasz dla TravelBotswana.pl

Autorka:

Aleksandra Rasz – podróżuje, by obserwować i nie utknąć w stereotypowych ocenach świata. Z wykształcenia prawniczka, z natury ciekawa wielu rzeczy. Zajmowała się ochroną lotnisk przed aktami bezprawnej ingerencji testując wykrywanie bomb na kontroli, prowadziła start-up pomagający parom w podtrzymywaniu ognia w związku, pracowała w bibliotece dbając o marketing miejsca, a teraz w ramach swojej firmy www.trzypytania.pl prowadzi szkolenia i warsztaty dla firm i edukacji, specjalizując się w neuroróżnorodności i antydyskryminacji. Ignorując długość doby, pomaga też w projektach unijnych realizowanych przez European Rural Network Development. I wciąż planuje podróże. W każdym odwiedzanym miejscu zostawia kawałek duszy, bo uważa, że jeśli za czymś nie tęsknisz, to nie było to wiele warte.


TravelBotswana.pl